RSS
piątek, 13 listopada 2009

Mnie ostatnio parę osób zrypało, że nic nie piszę, że nic się nie dzieje, że to, że tamto... A weźcie się odturlajcie - skoro nic się nie dzieje, to nie mam co pisać, tak? Chyba, że mam pisać o niczym, tak też może być.

Spróbujmy.

Wstałem dzisiaj o 12. Wcześniej spałem. Wstałem bardzo głodny, bo całą noc nic nie jadłem. Dzień wcześniej kupiłem sobie parę bułek. Zrobiłem je sobie na śniadanie. Do środka włożyłem schab zapiekany w majeranku. Na to dałem kapkę musztardy piekielnej. Były pyszne. Następnie wróciłem do łóżka, zwiedziłem gazetę, wykop, joemonstera, facebook'a itd. Potem poszedłem do łazienki. Zrobiłem siku, umyłem zęby, wziąłem prysznic, ubrałem się i poszedłem do kałflanda po zakupy, z których to przygotuję dziś zajebistą sałatkę. Po powrocie odgrzałem sobie ogórkową, którą zrobiłem dwa dni temu i która jest była tak pyszna, że aż żal było ją jeść. Ale zjadłem. I nie żałuję. A potem poszedłem do pracy. I właśnie tu teraz jestem.

Pięknie, prawda?
Mogę tak codziennie. Ale kto to wytrzyma...

Gdyby kogoś interesowało, to ciągle bardzo intensywnie biegam, robiąc stopniowe postępy.
Żeby nie zanudzać nikogo tutaj, to stworzyłem typowo biegowo-treningowego bloga. Tam znajdziecie wszelkie informacje dotyczące tego, czy już umarłem na trasie, czy jeszcze nie.
Wystarczy kliknąć dokładnie w ................................... TYM MIEJSCU.

Do tego dodam jeszcze, że jutro, jak przystało na przykładnego studenta, zamiast na zajęcia na weekend, to jadę na imprezę prawie 300 kilometrów od domu, na której to będą nagie kobiety, dziki seks i morze alkoholu fajnie będzie po prostu.

16:28, na_powaznie
Link Komentarze (7) »
środa, 04 listopada 2009

Byłem wczoraj na tymże właśnie filmie. This is it. Opowieść o przygotowaniach Michaela Jacksona do planowanych pięćdziesięciu koncertów w Londynie. Zresztą, każdy wie o co hozi.

Miałem pewne oczekiwania względem tego filmu. Liczyłem, że przez 110 minut będę oglądał Michaela Jacksona w fantastycznej formie, wykonującego świetne figury taneczne, tryskającego energią, a przede wszystkim świeżością, pokazującego coś zupełnie nowego, nieoczekiwanego, zaskakującego, wbijającego (mnie, jako widza) w fotel.

Niestety. Zobaczyłem tylko fantastyczną formę MJ. Chciałbym mieć tyle energii, co on, mając 50 lat. Ale to wszystko. Jego układy taneczne, jego przedziwne ruchy rąk, nóg, głowy, jelita, czegokolwiek... to wszystko już było. Gdyby pogorszyć obraz, dźwięk, wyrzucić całą scenografię i muzyków, to mielibyśmy przełom lat '80 i '90. Spodziewałem się jakiegoś progresu i go nie znalazłem.

Na pewno gigantyczne brawa należą się tancerzom i instrumentalistom. W moim odczuciu, to oni są najjaśniejszym punktem w tym filmie. Pokazują niezwykłe umiejętności.

Być może ten film i te koncerty miały takie być. Być może one nie miały nikogo zaskoczyć. Być może chodziło o to, żeby pokazać MJ takiego, jakim kochają go fani. Ja jego fanem nie jestem, więc mnie to nie zakręciło.

MJ jednak pozostanie dla mnie w sferze gwiazd popu, które osiągnęły tylko połowiczny sukces. Jego sława i dokonania skończyły się w 1995 roku. Od tamtego czasu nie stworzył nic odkrywczego (Invicible z 2001 roku jest kiepski), a w mediach pojawiał się częściej nie jako muzyk, piosenkarz, artysta, a jako skandalista. I to nakręcało jego biznes.

Po tym filmie zdania nie zmieniam. Brawa dla niego, za wiele fantastycznych kompozycji, ale królem dla mnie nie będzie.

14:27, na_powaznie
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 listopada 2009

W kodeksie pracy powinien istnieć zapis mówiący o tym, że pracownik może zasiąść do wykonywania obowiązków służbowych dopiero po tym, jak odbędzie niczym nie przerywany ośmiogodzinny sen.

Od pół do dwunastej do prawie że pierwszej w nocy się miotałem po wyrze. Za nisko. Za wysoko. Za ciepło za zimno. Za bardzo na lewo. Za bardzo na prawo. Bolą plecy. Boli noga. Swędzi: głowa/ucho/dupa/ręka/jajko. Nożeszkurka!!!

A pobudka o 4.30.

Dzień dobry...

Chciałem powiedzieć, że to intensywne bieganie, które uskuteczniam, chyba ma swój sens.
Przedwczoraj, w niedzielę, miałem do przebiegnięcia w ramach planu treningowego 8 kilometrów. I przebiegłem.
Gdy w tygodniu mam przebiec 4 czy 5, to absolutnie mnie to nie przeraża, a wręcz przeciwnie - traktuję to, jako coś normalnego, a nie karkołomne zadanie. Teraz jednak zaczną się schody. I to będzie dla mnie prawdziwa próba sił.
Śnieg, mrozy, wiatr, ciemno, zimno, do domu daleko, a przez najbliższe 12 tygodni nie będzie biegania krótszego jak 5 kilometrów, a 3/4 dystansów będzie oscylować w granicach 10 km. Co niedziela natomiast długie biegi, których dystans przez wspomniane 12 tygodni będzie się stopniowo zwiększał do 20 km.
I jeżeli to wszystko przeżyję, przetrwam i nie umrę na śmierć, to w tym fakin' marcu będę mógł swobodnie wystartować w półmaratonie i nie wypluć płuc, nerek, wątroby i trzustki na trasie i dobiec do mety.
Maj nejm iz Forest Gamp.


A dzisiaj mija miesiąc od momentu, jak wyprowadziłem się z Poznania.
Fajnie mi jest.
Jeszcze parę miesięcy potrwa wychodzenie na prostą, jak idzie o finanse, ale... fajnie jest.
To dobrze.

07:29, na_powaznie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 października 2009

Pamiętam, gdy byliśmy szczeniakami w szkole średniej, jak zastanawialiśmy się, który z nas się pierwszy ustatkuje, który pierwszy będzie miał narzeczoną, a potem żonę, a potem dzieci, a potem psa... i tak dalej, i tak dalej...

Zawsze to ja byłem typowany na tego pierwszego. Zawsze to wokół mnie kręciło się najwięcej bab, zawsze to ja byłem z kimś, a Tomasz nie. I to nam wystarczyło na dowód i potwierdzenie tej teorii.

Trzy lata temu coś się zmieniło. Tomasz się zmienił. Kobieta go zmieniła. Tomaszowa Kobieta to bardzo fajna babka jest. Ale myślałem, że szybko to się zakończy. Bo znałem Tomasza. I niejedno widziałem i słyszałem. Pomyliłem się.

Półtora roku temu Tomaszowie się zaręczyli. Ehh, młodzieńcza fantazja - pomyślałem, nie myśląc w ogóle o konsekwencji zaręczyn, jaką jest ślub. Oni teoretycznie też nie myśleli. A w praktyce?

Tydzień temu, gdy byłem w rodzinnym mieście, odwiedziłem Tomasza. Flaszka na stół, gadu gadu, śmiechu chichu, i nagle pytanie, co robię 11 września 2010. Odpowiedziałem, znając pomysły Tomasza i wiedząc, że może być ciekawie, że mam wolne. Na to Tomasz z wielkim uśmiechem odparł, że to dobrze, bo się będę bawił na weselu. Się wzruszyłem muszę przyznać, ale i się zajebiście ucieszyłem.

Mieliśmy taką umowę od w zasadzie 10 lat: nie bierzemy siebie na świadków - ani ja jego na swoim ślubie, ani on mnie na swoim. Zdecydowaliśmy, że chcemy być chrzestnymi naszych dzieci. Bo to takie bardziej rodzinne jest.

Obiecałem Tomaszowi, że pomogę mu w znalezieniu fotografa i kamerzysty. Z racji tego, że mam znajomości w tej branży, to i jakiś rabacik i cośtam, zawsze coś wytarguję dla przyjaciela. Parę namiarów miałem przygotowanych, parę niewiadomych jeszcze było, piszę do Tomasza, żeby zadzwonił tu tu i tu i się dowiedział konkretów.
A ten mi odpisuje, że mógłbym ja to zrobić, bo on teraz jest w pracy, a poza tym jako świadek, to mogę mu pomóc...

Zdezorientował mnie. Mimo, że ma masę możliwości, żeby wziąć kogoś innego na świadka, to chce mnie.
Kocham go.
:)

A ja chyba niedługo zacznę powtarzać słowa mojego kolegi: ostatni raz byłem w kobiecie wtedy, kiedy zwiedzałem statuę wolności...

22:08, na_powaznie
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 października 2009
Wersja wpisu przeznaczona dla osób do 18 roku życia.
Wersja wpisu przeznaczona dla osób powyżej 18 roku życia.
środa, 14 października 2009

Jestem zmęczony, jak koń po westernie.
Cały tydzień wstawania rano.
W poniedziałek, bo coś tam.
We wtorek, bo do pracy na szóstą rano. A po pracy z radiowym funflem jechaliśmy pod Ciechanów. Bo sprzęt wideo sobie kupił i poprosił mnie o przysługę.

Jechaliśmy...
Ja jechałem, a on z wybranką swego serca pili piwo, jedli bułki i śpiewali. Na szczęście mnie też karmili. Fajno było.

Dojechaliśmy na 18. Oni poszli oglądać sprzynt, a ja się przespałem w samochodzie.
O 19 wyruszyliśmy w drogę powrotną. O pierwszej w nocy położyłem się do łóżka. Dziś o 5:20 obudził mnie budzik, oznaczający to, że znowu trzeba iść do pracy...

Teraz jestem u rodziców.
Jutro robię za szofera i o siódmej rano gdzieśtam w Polskę wiozę mamę.

A w piątek znowu na szóstą do pracy...

Umrę na śmierć z niewyspania.
Kilka razy.

Z innej beczki.
W moim życiu pojawił się cel.

Pies jak się nudzi, to sobie jajka liże.
Ja jak się nudzę, to wymyślam różne dziwne rzeczy.

Od miesiąca z hakiem biegam sobie tak rekreacyjnie. Z każdym dniem czuję, że są postępy, jak idzie o moją wytrzymałość. To mnie nieco zmotywowało i wymyśliłem co następuje:

Wieloma tygodniami ciężkiej i mozolnej pracy, na którą składać się będą cztery treningi w tygodniu, obiecuję o swoją formę troszczyć się, sprawność fizyczną rozwijać, czego pierwszym dowodem będzie walka z czasem i z samym sobą na trasie Półmaratonu Poznańskiego w marcu 2010. Ślubuję.

I ukończę to dziadostwo.
A jak mi się to uda, to sześć miesięcy później - 10. Maraton Poznański. I też go ukońcżę.
Amen.

23:01, na_powaznie
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10