RSS
wtorek, 09 lutego 2010

Zawsze, ale to zawsze jest tak, że kiedy podchodzę do kas w jakimś markecie i mam do wyboru kilka kolejek, to ta, w której się ustawię, stoi najdłużej. Bo albo papieru zabraknie, albo pani źle wbije kod, albo kasa się zatnie, albo przylatuje ufo i wczepia czipa kasjerce, albo jeszcze cokolwiek innego.

I ilość opóźniających-mnie-i-resztę-ludzi zdarzeń jest odwrotnie proporcjonalna do ilości czasu, jakim dysponuję.

Dzisiaj miałem 8 minut. Przed pracą.

Stoję w kolejce z czekoladą, jogurtem, bułeczką i jakimśtam piciem.
Produkty wdzięczą się na taśmie. Wiedzą, że zaraz je pani smyrnie laserkiem po dupci.

Albo nie.

Bo przede mną gość.
- Ja mam tylko 50 złotych, więc w razie czego coś zostawimy - mówi do kasjerki.
A na ladzie zakupów za 150 złotych lekką ręką.

I kobita kasuje.
Herbatki, ciasteczka, pomarańczki, cytrynki, kurczaczki, czosneczek, kawusię, napoje i... limit wyczerpany. Patrzy biedna kobieta na kolesia, koleś zdegustowany, bo na taśmie jeszcze ze 3 tony żarcia.

- To może wyrzucimy pomarańcze, a jabłuszka damy. I z tej herbatki ja zrezygnuję, niech pani jajka skasuje... - mówi Wielki Opóźniacz.

Pani spojrzała na pana i gdyby mogła, to by mu tym laserem krzywdę zrobiła. Niestety nie zrobiła. Tylko zawołała panią Jolę z zaplecza, kierowniczkę z zamiłowania, ta przekręciła kluczyk i Pani-Od-Lasera mogła wykasować pomarańczki i herbatkę.

(w tym momencie zostały mi 3 minuty. uciekłem do drugiej kasy, bezczelnie wpychając się w kolejkę i usprawiedliwiając się pracą i Wielkim Opóźniaczem)

Wykładam więc na taśmę: czekoladę, jogurt, bułeczkę i jakieśtam picie.
Pik, pik, pik, pik. Laserek zadziałał.

(w międzyczasie Wielki Opóźniacz zrezygnował z jajeczek i zamienił je na bułeczki. Poziom irytacji w sklepie sięgnął klimatyzatorów pod dachem)

- Przepraszam pana, ale w tej kasie nie można płacić kartą - usłyszałem.

Soczyście zakląłem pod nosem, zostawiłem zakupki u pani, pobiegłem do pracy, wróciłem po dziesięciu minutach, w innej kasie zapłaciłem. Wielki Opóźniacz w tym czasie kończył dopiero pakować swoje starannie wybrane zakupy. Bułeczki zostały przy kasie...

18:06, na_powaznie
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 lutego 2010

Nie lubię mieć kaca. To przemyślenie pierwsze.

Takiego strasznego kaca, na którego składają się ból łba, nadwrażliwość na wszytko i totalna susza w mordzie. Rzadko takiego mam. Czasem jednak się zdarzy. I zdarzył się dzisiaj rano...

A w sumie dużo nie wypiłem. To znaczy nie wiem ile wypiłem, bo kto by liczył, kiedy wódka była za darmo. Ale zważywszy na to, że pamiętam wszystko, że wracałem na piechotę do domu, że się nigdzie nie wywróciłem, że się nie porzygałem i generalnie że przeżyłem, to stwierdzam, że nie wypiłem dużo.

Nie zmieniło to jednak faktu, że kiedy się obudziłem o 11 rano, to miałem ochotę umrzeć. Na śmierć. Dawno tak nie cierpiałem z powodu bólu łba... Z godzinę pocierpiałem, wypiłem herbatę, wziąłem ibuprom i poszedłem dalej spać. I jak wstałem o 14 w południe, to już było całkiem cacy ze mną...

Wszystko to związane jest z imprezą zorganizowaną przez moją firmę. I na tej imprezie była też Kaśka. Moja była Kaśka. I po którymś głębszym stwierdziła, że 'chciałaby się ze mną kolegować'. Nie bardzo sobie to wyobrażam. To przemyślenie drugie.

Nie wiem, jak by miało wyglądać 'kolegowanie się' z osobą, która z dnia na dzień wyprowadziła się ze wspólnego mieszkania i która tak naprawdę nie powiedziała mi prosto w oczy, że to koniec, tylko poinformowała mnie o tym smsem. Generalnie nie jestem pamiętliwy. I generalnie mam to już wszystko w poważaniu. Ale wiem, że z tej mąki chleba nie będzie. Nawet do 'kolegowania się' potrzebna jest chociaż odrobina zaufania. A ja nie ufam.

A siedząc przy jednym stoliku, rozmawiając, żartując i chcąc nie chcąc spędzając razem wieczór, myślami byłem cały czas przy M. I żadne Kaśki czy inne cholery z którymi mnie coś łączyło (bądź nie) nie wzbudzają we mnie żadnych emocji. To przemyślenie trzecie.

23:04, na_powaznie
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 stycznia 2010

W ostatni weekend przyjechała do mnie M. Żeby urozmaicić sobie czas pojechaliśmy do Wrocławia do Takiego-Kina-Co-To-Jest-Czy-De na Avatara. Przyznaję bez bicia, że za cholerę nie rozumiałem tego wszystkiego, co się wokół tego filmu dzieje.

Nie widziałem trailera.
Nie znałem obsady.
Nie znałem scenariusza.
Nie wiedziałem totalnie nic.

Poza tym, że zarobił masę pieniędzy i że w ogóle samy achy i ochy i inne oznaki zachwytu wszyscy nad tym filmem wydają. Jako filmowy ignorant wchodziłem na salę dość sceptycznie nastawiony. Bo dlaczego film o niebieskich ludzikach ma być jakiś zajebisty? To nie smerfy...

Okazało się, że to całkiem niezły film! Nie powiem, że jest rewelacyjny. Jest dobry. Bardzo dobry. Skupię się nad tym, czego mi zabrakło. A zabrakło jakichś cosiów fruwających w stronę widza (żeby podkreślić to 3D, które tak czy siak znakomicie spełnia swoją rolę podczas obserwacji przyrody na Pandorze), zabrakło dobrej gry aktorskiej (za wyjątkiem Neytiri, czyli Zoe Saldana) i zabrakło... hmm... reżyserowi zabrakło kogoś, kto by powiedział 'ok, James, starczy już, dziliard latających stworów i dwa dziliardy tych helikopterków, to wystarczająca ilość, jak na finałową bitwę'. Po prostu czasem bił we mnie przepych. Przepych, nie jak idzie o jakość efektów specjalnych, bo te biją na głowę wszystko, co widziałem do tej pory, ale jak idzie o ilość elementów, które pojawiają się na ekranie. Ale pewnie gdybym - podobnie jak Cameron - czekał dziesięć lat, aż pojawi się technologia, która pozwoli zrealizować taki film, to też bym chciał mieć na ekranie dużo wszystkiego. Podsumowując, to całkiem dobre 180 minut filmu, który się nie nudzi i pozwala się zanurzyć w świecie Na'vi i zatracić gdzieś tę granicę między światem realnym a nierealnym (a odczułem to na własnej skórze, kiedy się autentycznie ucieszyłem, gdy Jake ujeździł czerwonego skurczybyka). Polecam!

(niemniej jednak moja filmowa ignorancja chyba nie pozwoliła mi się do końca wczuć w ten film - a przynajmniej nie na początku - bo podczas jednej ze scen, kiedy bohatera zaczynają otaczać nasionka ze świętego drzewa Na'vi, nie mogłem się powstrzymać i powiedziałem do M. 'ale by miał fotę na naszej klasie - Ja i nasionka'... Podobnie zresztą M. się zastanawiała cały film, czy dojdzie do seksu międzyrasowego... Czy doszło? Sami musicie zobaczyć.)

18:56, na_powaznie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 stycznia 2010

Nie lubię być bezradny. Nie lubię dostawać po łbie za dobre zamiary. Nie lubię nie wiedzieć, jak mam się zachować, żeby było dobrze. Nie lubię się starać i dostawać kopa. Nie lubię. Bo nie.

M. ma sesję. I się uczy. I bardzo dobrze, że się uczy, bo nie chcę mieć niewykształconej kobiety. A M. się kształci. I bardzo mnie to cieszy.

(a i kształty też ma takie, że się bardzo cieszę)

Biegłem sobie dzisiaj kilkanaście kilometrów. Gdzieś na trasie M. mi napisała, że nie daje rady już z nauką. Potem mi napisała, że chce mieć dobrą średnią, a tu taaaak ciężko. Napisałem, że ja też chcę mieć dobrą średnią. I wyzwałem ją na pojedynek. To mi odpisała, że poddaje walkowerem.

Się zirytowałem nieco.

Zadzwoniłem.
Pogadałem.
Powiedziałem, że zabraniam jej mówić wszystko, co ma związek z poddawaniem się, brakiem walki itp. Zagroziłem, że nakopię jej do pupy, jeżeli tak jeszcze będzie robić (ach, te kształty).
Przyjęła do wiadomości.

A po półtorej godzinie coś się zmieniło. I dostałem zjebkę. Za to, że powiedziałem, że będzie dobrze (no, a jak ma być? Musi być dobrze! Wierzę w to przecież!). A M. mi na to, że ona nie wie, czy będzie dobrze i że wcale jej nie pomagam!

Nakrzyczała cośtam jeszcze, powiedziała 'narazie, pa' i już.
A ja siedzę. I myślę.

Może to moja wina? Może powinienem udawać, że ja też się uczę? Wczoraj miałem egzamin, na który przeczytałem notatki raz. I zdałem na 4,0. Może powinienem kłamać, że siedzę i tyram nad książkami? Ale w to nikt nie uwierzy.

Chcę pomóc.
Ale nie chcę dostawać za to po łbie.
Co nie zmienia faktu, że i tak wierzę, że będzie dobrze. Bo będzie.

17:48, na_powaznie
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010

Prawo jazdy mam ładnych parę lat. Nie miałem przez ten czas żadnej stłuczki, kolizji, ani nawet nikogo i niczego nie zarysowałem. Nie miałem też na sumieniu żadnego psa/kota/lisa/niemowlaka/starej baby.

Do wczoraj.

Nie pies, nie kot, nie lis, nie dziecko, nie stara baba. Tylko kaczka.
Taka z zielonym łbem i szarym dupskiem.

Jadę samochodem. Zima dookoła. Droga biała, pobocze białe.
Na liczniku tak z 60, 70 km/h. Szybciej się nie da.

W radiu pan śpiewa, że mógłby nie spać, tylko po to, żeby patrzeć, jak ona śpi, potem jeszcze jeden mu zawtórował, że siedzi i pisze list - może ostatni, na pewno pierwszy, a na koniec jeszcze jeden taki śmieszny koleś powiedział, że on wiedział, że tak będzie.

I w takiej atmosferze dostrzegłem jakieś 50 metrów przed sobą coś na moim pasie. Idealnie na środku. Kiedy byłem jakieś 25 metrów od tego czegoś, zobaczyłem dziób, zielone karczycho i zajebisssssssty spokój, z jakim ten kaczorzy pomiot siedział na jezdni.

Szybki proces myślowy: prawo - śnieg, lewo - śnieg, hamowanie - zatrzymam się po dwustu metrach. Może przejadę nad nią! Idź kaczko, idź, zejdź z tej drogi, siooooooooo!!!!!!!!! Kurwa, kurwa, kurwa...

JEEEEEEEEEEEBUUUUUUT!!!

Nie przejechałem.

To znaczy przejechałem. Ale kaczkę.

Zmiotłem kaczora z powierzchni ziemi. Zawstydziłem Turbodymomena, bo się kaczor rozpadł na tysiące kawałeczków. Co było wybitnie słychać, kiedy się rozsypywały po karoserii.

Jakby to powiedzieć...
Ogarnął mnie dyskomfort, spowodowany pozbawieniem życia niewinnego zwierzaczka. Dopiero po kilku kilometrach przestało mi być gorąco i zszedł z mojej twarzy nieco skrzywiony jej wyraz.

Ja wiedziałem, że tak będzie.
Shit happens.

15:47, na_powaznie
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 stycznia 2010

Muszę się za siebie wziąć, bo coś się ostatnio spsułem. Nie tak dawno temu wstawanie o 8 czy o 9 nie nastręczało mi żadnych trudności. A teraz?

Rozmawiam wczoraj w nocy z M. przez telefon. M. zawsze kładzie się szybciej spać i szybciej niż ja wstaje. Proszę, żeby obudziła mnie o 9. Dobrze, dobrze. Buzi, buzi. Tęsknię, tęsknię. I spać.

To znaczy ja sobie jeszcze do Niemców postrzelałem, zebrałem karczochy na Farmville'u i dopiero poszedłem spać.

Dziewiąta.
Telefon.
Napierrrrrrrrdala.

Odbieram. Halo. Dzień dobry. Wstajemy. Pobudka. Buzi, buzi.
Ok.
To wstajemy.
Tylko na chwilę jeszcze zamknę oczko.

I taki mi się przyjemy sen włączył.
Ciasto mieliśmy piec z M.
Sernik.
Ale sera nigdzie nie było.
Ani w lodówce, ani w szafce, ani w pralce.
To ja mówię, że może ananasowiec.
I idę do jakiejś piwnicy po budyń waniliowy albo śmietankowy.
I wracam, targając worek z budyniem wielkości wora z cementem. A na worze napis 'budyń śmietankowy albo waniliowy'.
Ananasów nam brakuje. I M. mówi, żebyśmy poszli do sklepu.
To idziemy. Śnieg, błoto pośniegowe, ciemno. Niedobrze.
Nagle przejeżdża wielka ciężarówka i spada na nas ananas.
Jeden.
Piękny sen.
Brakowało na koniec sloganu 'Z M. i M. ci się upiecze'.

Wstałem więc o jedenastej. Śniadanie, bieganie, kąpanie, pranie.
Zaraz jakiś obiad i do pracy. Coś mało kreatywne te moje dni ostatnio.

A tak z innej beczki, to chciałem się odnieść to jednego z komentarzy spod poprzedniego wpisu. Jak co niektórzy zauważyli, zmieniłem gacie na blogu. Te gacie - niektórzy pamiętają - mają długą historię, bo nosiłem je w miejscu, w którym spędziłem prawie cztery lata. Teraz są tu ze mną. Odnosząc się do słów 'że teraz w swoim życiu czuję się bardzo na miejscu' stwierdzam - w 90% tak. Mam prawie wszystko, co jest mi potrzebne do zbudowania i zrealizowania wizji, która w rezultacie ma mnie w tym odpowiednim, moim 'miejscu' postawić.

14:38, na_powaznie
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 stycznia 2010

Prawie każdy na początku nowego roku podsumowuje ten, który się skończył. Do tego wypada też dorzucić jakieś postanowienia na ten, który się rozpoczął. Też tak zrobię. Z ciekawości. Bo nie wiem, co mi wyjdzie...

1. Praca - przez kolejny rok ta sama i w tym samym miejscu. Bardzo dobrze. Rozwijam się, niczym miękki jak aksamit Velvet. Pracy w pracy mam dużo. To też bardzo dobrze. Czy ten rok również zakończę w tym samym miejscu? Nie wiem.

2. Studia - jedne zakończone, drugie rozpoczęte. Te zakończone, to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, okres w moim życiu. To przez te 3,5 roku zmieniło się najwięcej dookoła mnie. To przez ten czas nauczyłem się najwięcej. To przez ten czas wypracowałem u siebie pewne postawy i umiejętności, których wcześniej na pewno nie posiadałem. Dyplom obroniony na 5, studia zakończone z wyróżnieniem, na rozdanie dyplomów poszedłem w trampkach - postanowienia spełnione.

3. Poznań - zmiana, której się absolutnie nie spodziewałem. Fajnie było tam mieszkać. Fajnie było bujać się tramwajami, biegać nad Maltą, łazić po św. Marcinie. Kiedyś nie lubiłem tego miasta. Teraz je lubię bardzo. I chciałbym tam kiedyś wrócić. Na więcej niż kilka miesięcy.

4. Związki - jak Miriam. Wszystko pięknie, aż tu wielki penis chuj. Ale nie żałuję niczego. Co mnie nie zabije, to mnie silniejszym uczyni, jak to Nietsche mówił. Bywało miło, bywało beznadziejnie. W rezultacie zakończyło się, jak się zakończyło. Nagle, bez ostrzeżenia, z wymuszeniem kolejnej zmiany w życiu o 180 stopni. Ale powtórzę - nie żałuję niczego. Jestem silniejszy, jestem mądrzejszy i - przede wszystkim - mam M. I wiem co robić, a czego nie robić, żeby niczego nie spierdolić.

5. Facebook - banalnie. Dzięki K. założyłem tam konto. Dzięki temu, że miałem tam konto, odezwała się do mnie przyjaciółka K., M. Dzięki temu, że się odezwała, ja się od-odezwałem. Dzięki temu jesteśmy szczęśliwi. Aha, Farmville wymiata.

6. Bieganie - pozwiązkowe postanowienie samotnego faceta, który żeby się nie nudzić, założył krótkie spodenki i zdecydował, że będzie biegać. Wciągnęło mnie to. I nie odpuszczę. Uwielbiam wzrok ludzi, którzy przy -7 stopniach opatuleni w szaliki, czapki, kożuchy, kufajki marzną i chcą się znaleźć jak najszybciej w domu, a gdy widzą mnie, śmigającego w kurteczce, nierzadko krótkich spodenkach, czapeczce, to mają mnie za debila.
Półmaraton Poznański - marzec, Maraton Poznański - październik. Dam radę.

7. Kryzys, A/H1N1, Majkel - w dupie to mam A pffffffffffffff!

A postanowień nie mam żadnych.
Co ma być, to będzie.
Tylko ma być dobrze.

07:44, na_powaznie
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12