RSS
czwartek, 13 maja 2010

To było mniej więcej tak:

Jesteś pan zajebisty, fantastycznie się z panem gada, fantastyczne pomysły masz pan i fantastycznie będziesz pan rządził swoim zespołem i fantastyczne wyniki będziesz pan osiągał i w ogóle damy panu co najmniej bazylion złotych na rękę i kierownikiem pana zrobimy, więc zgódź się pan na to wszystko, rozpocznij pan karierę u nas, a będziesz pan zachwycony i my zachwyceni będziemy także. Aha, tylko się pan przeprowadź do Łodzi, bo tam teraz mamy wakat dla pana...

Kutwa!
Ależ jestem niepocieszony!
Byłem na rozmowie kwalifikacyjnej.
Mimo braku jako takiego doświadczenia zaczarowałem towarzystwo na tyle, że dostałem propozycję roboty. Roboty świetnej. Ale niestety w Poznaniu obecnie miejsca nie ma i jeżeli chciałbym działać, to póki co tylko w Łodzi.
A to mi nie na rękę.
Wybitnie nie na rękę.
Zmuszony więc byłem odmówić.
Ustaliliśmy, że jak się tutaj zwolni miejsce, to będę do dyspozycji.
Kurczę, no!
Eh.

09:30, na_powaznie
Link Komentarze (7) »
środa, 05 maja 2010

Zrobiłem to.
Przebiegłem.
Pokonałem 42 kilometry.
Pokonałem siebie!!!

Przez ponad dwie godziny wszystko układało się w sposób doskonały.
Biegłem, pozowałem do zdjęć, uśmiechałem się do policjantek i wolontariuszek, generalnie luz blues na trasie. Dopóki nie wpadłem w jakąś dziurę czy inne badziewie...

Na 25 kilometrze złapała mnie kontuzja. Odechciało mi się wszystkiego. Kolano napieprzało tak, że płakać mi się chciało. Ale powiedziałem sobie, że się ni cholery nie poddam. Nie po to jechałem taki kawał i nie po to przygotowywałem się fizycznie i psychicznie przez tyle czasu, żeby zejść z trasy.

Biegłem. Powoli, bo na szybciej nie pozwalało kolano. Bezsilność była ogromna i okropna. Wiedziałem, że mam siłę i energię, żeby biec szybciej. Nie mogłem jednak nic z tym zrobić. Każde przyspieszenie kroku skutkowało zajebistym bólem, zgrzytaniem zębów, soczystymi wiązankami prawie że łzami w oczach.

Ale biegłem. 30. 32. 36. 40 kilometrów za mną. Każdy był wiecznością. Najdłuższe kilometry i najdłuższe minuty mojego zycia. Ostatni podbieg, ostatni punkt odżywczy. Z górki widzę metę, widzę kibiców. Patrzę na zegarek - zakładane przeze mnie 4 godziny już dawno minęły - zmieszczę się w 4:30, choćby nie wiem co. Zacisnąłem żeby i pognałem z góry do mety. Ostatni kilometr przebiegłem o 2 minuty szybciej niż wcześniejszych kilkanaście. Na ostatnich metrach już nie czułem bólu. Wiedziałem, że mi się udało. Wiedziałem, że z chwilą przekroczenia mety, spełni się moje marzenie, że stanie się coś, co 7 miesięcy temu było dla mnie zupełną abstrakcją. Bo kto o zdrowych zmysłach decyduje się na przebiegnięcie 42 kilometrów?

A jednak.
Zrobiłem to.
Przebiegłem.
Pokonałem 42 kilometry.
Pokonałem siebie!!!
Jestem maratończykiem...

10:48, na_powaznie
Link Komentarze (3) »
środa, 28 kwietnia 2010

"...bo to jest taki stan, kiedy wydaje mi się że po wyjściu z domu zobaczę ptasie mleczko rosnące na drzewach..."

To jest moje motto życiowe od ostatnich kilku tygodni.
Składa się na to wiele różnych czynników.
A co jeden to lepszy.

Tak właściwie, to za 5 dni mam maraton.
Tak właściwie, to za 5 dni przebiegnę 42,195 m.
Przebiegnę.
Choćby nie wiem co.
A potem, jak wbiegnę na metę, to się najpierw popłaczę ze szczęścia, że to zrobiłem, a potem się popłaczę z bólu, kiedy będę masowany przez jakiegoś mięśniaka-masażystę z AWF-u.
Potem natomiast wrócę do domu z medalem na szyi, nigdy go nie zdejmę, będę go przytulał, pieścił i nazwę go Dżordż.

Co do mojego powrotu do Poznania, to mogę potwierdzić to na 100%.
Jupikaeeej!
Znowu będę mógł chodzić na zapiekanki na Most Teatralny, biegać dookoła Malty albo po Cytadeli i jeździć tramwajami i w ogóle będzie mi dobrze.
I kota też miał będę.
I jeszcze do pełni szczęścia brakować mi będzie tego, żebym znalazł jakąś robotę na miejscu. Ale to przyjdzie z czasem, wyjścia nie ma.
W końcu ktoś powie mi, że 'panie Poważny, pan jesteś zajebisty, pan dostaniesz co pan chcesz, tylko bądź pan pracownikiem naszym hej'.
A ja odpowiem 'dobrze'.

I wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
I ptasie mleczko będzie rosnąć na drzewach.

16:53, na_powaznie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 kwietnia 2010

Umrę na śmierć.
A śmierć nastąpi na plecy. Mówią mi, że od tego się nie umiera, ale ja umrę.
Żeby udowodnić, że to możliwe.
I żeby skrócić swoje cierpienia...

A było to tak, że chciałem się przeciągnąć.
Tak zwyczajnie, po ludzku zrobić eeoouuuaaaaaoaoooeeeeehhhhh, wydłużając przy okazji swoje ciało. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Eeoouuuaaaaaoaoooeeeeehhhhhkurwaaaaaaaauauauauaa...

Zabolało.
Między łopatkami.
I w górę do karku.
I się zaczęło napierdalanko. Przy każdym możliwym ruchu.
Ani obrócić łeb w lewo. Ani w prawo.
Ani się schylić.
Ani odchylić.
Ani usiąść prosto.
Ani usiąść krzywo.
A na dodatek to wszystko działo się w robocie, gdzie, jak wiadomo, na siedząco tyram.

Umieram, łzy mi ciekną.
Szybka decyzja - do apteki po plaster rozgrzewający.
Poszedł, kupił, przykleił, grzeje...
Ale boli ciągle...

Kilka dni temu - to tak z innej beczki już - odebrałem telefon. Telefon od osoby, od której w życiu bym się nie spodziewał nawet i znaku życia. Od osoby, z którą przez pewien czas zwyczajnie kontaktu chcieć nie miałem mieć nie chciałem. Ale kiedy usłyszałem jej głos w słuchawce, to mi się zrobiło jakoś tak przyjemnie. Pomyślałem, nie wiedząc jeszcze o czym w ogóle będziemy rozmawiać, że chciałbym pewne rzeczy naprawić i do pewnych rzeczy wrócić. Teraz już wiem, że oboje mamy taki zamysł. Czy tak się stanie? Trzymam za to kciuki...

A z jeszcze innej beczki, to chciałem powiedzieć, że być może już wkrótce znowu wrócę do Poznania. Alleluja, chwała Panu! Mam nadzieję, że wszystko wypali, bo już się doczekać nie mogę. Zaprawdę, powiadam wam, nie mogę. Amen.

19:32, na_powaznie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 kwietnia 2010

Miałem kiedyś w życiu sytuację, jakieś 2,3 lata temu, gdy osoba, która była mi najbliższa, która wiedziała o mnie dosłownie wszystko i o której wszystko wiedziałem ja, do której w środku nocy mogłem zadzwonić z problemem i która mogła zrobić to samo, którą traktowałem jak siostrę, której nigdy nie miałem, odeszła. Zniknęła. Tak po prostu.

No, może nie do końca tak po prostu. Odeszła, bo popełniłem w życiu pewien błąd. Błąd, który tej osoby nie dotyczył. Jak się okazało, to nic. Byłem taki, siaki i owaki i to mnie zdyskwalifikowało, jako przyjaciela. Mało tego, jako kogoś, z kim można w ogóle mieć jakiś kontakt.

Dobra, przeżyłem to jakoś.
Niezawodna metoda zdystansowania się do wszystkiego pomogła.
Żyjemy dalej.

W międzyczasie pojawił się ktoś inny. Ktoś, kto stał mi się jeszcze bliższy. Z kim spędziłem mnóstwo fantastycznych chwil. Ktoś, komu nie wstydziłem się zapłakać do słuchawki, kiedy byłem przekonany, że nic mi w życiu nie wychodzi. Ktoś, za powodzenie kogo trzymałem i trzymam kciuki tak mocno, jak za nikogo. Ktoś w związku z kim mam mnóstwo niesamowitych wspomnień.

I tylko tyle.
Historia zatoczyła koło.
I znowu mnie pierdolnęła w plecki takim samym biegiem wydarzeń.

Wyjaśnię to na przykładzie.
Mamy osoby A, B i C.
A z B i B z C żyją w przyjaźni. A i C się nie znają.
B poznaje ze sobą A i C.
A i C przypadają sobie do gustu. Tworzą coś razem. Po paru miesiącach okazuje się, że nic z tego nie będzie. A i C się rozchodzą.
B - jak sama pisze - jest ciężko, stoi pomiędzy, zapewnia jednak, że A nie straci przyjaciela. A Wierzy. Do czasu, kiedy następuje okres dwóch tygodni milczenia. Dobija się, pisze, chce porozmawiać. Nic. Dystansuje się. Mówiąc kolokwialnie - zaczyna mieć to w dupie tak, jak B ma w dupie jego. Odcina się od tego wszystkiego grubą kreską.

Czy tak wygląda przyjaźń?
Czy może ja mam jakieś przejaskrawione wyobrażenie o tym?
Może to, czym wydaje mi się że przyjaź jest, tak naprawdę nie istnieje? Może to tylko wytwór mojej wyobraźni? A tak naprawdę trzeba uważać, bo jeden nierozważny krok może spowodować, że ktoś powie 'Już nie jesteś moim przyjacielem. Idź sobie. Nie chcę cię już w moim życiu, co dam ci odczuć nie odzywając się do ciebie. Idź, precz, sio!'

Pieprzę.
Jak ktoś mi jeszcze kiedyś zechce sprzedać jakieś bzdury o bezwarunkowości przyjaźni, to go wyśmieję. Nie ma czegoś takiego. Nie istnieje. Totalna bzdura. Całkowita...

(wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest zamierzone)

07:21, na_powaznie
Link Komentarze (8) »
środa, 07 kwietnia 2010

Łomatko, wiecie że jakieś święta były po drodze?
Gdyby nie to, że na stole pojawiły się jakieś jajka, pasztety, kiełbasy, chrzany, ćwikły i inne cuda wianki, to bym nie wiedział.

Wielki piątek - praca.
Wielka sobota - praca + 20 kilometrów biegania.
Wielka niedziela - praca + nuda.
Wielki poniedziałek - nuda + praca.
Wszystko wielkie, nudne i związane z robotą.
No ale za to, że miałem w miarę wolne Boże Narodzenie i okolice nowego roku, to teraz cierpieć muszę...

Urlop mi się zbliża.
Wstępnie zaplanowany na przełom lipca i sierpnia.
I nie wiem, co robić w związku z tym.
Bo z jednej strony chciałbym pojechać sobie autostopem do Barcelony na przykład (i tam spędzić kilka dni, biegając po mieście na przykład i robiąc sobie słitaśne foteczki na naszą klasę). Z drugiej jednak strony wymyśliłem, że pojadę w góry. Albo Karkonosze, albo jakieś inne. Znajdę jakieś tanie spanie i spędzę dwa tygodnie na bieganiu sobie po szczytach, halach, graniach, dolinach i w ogóle.
Na pewno gdzieś będę musiał wybyć, bo dwóch tygodni w domu nie wytrzymam. A że najpewniej będzie to urlop solo. Cóż, trzeba szukać jakichś pozytywnych stron tego...

A tak poza tym, to nuda i nostalgia.
Nuda, bo po rozstaniu z M. wróciłem do sprawdzonego, ale jednak monotonnego systemu: praca-bieganie-dom-praca-bieganie-dom. Tyle dobrego, że biegam większe odległości, więc czasu to więcej zajmuje.

I nostalgia też jest. Bo, kurczę, jakoś tak to wychodzi, że sobie nie mogę życia ułożyć. Koleżanka z pracy powiedziała mi, że mam za silną osobowość; że jeżeli coś mi się nie podoba i jeżeli uznam, że to 'coś' jest na tyle istotne, że nie pozwala mi normalnie egzystować, to w przypadku braku chęci zmiany tego z drugiej strony, potrafię powiedzieć 'dość'. Kurna, ale to chyba dobrze? Mam siedzieć cicho jak mysz pod miotłą? Ni cholery nie potrafię i nie będę. Wierzę, że moja stanowczość i asertywność w końcu przestanie być moją wadą.

14:35, na_powaznie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 marca 2010

Zrobiłem to. Udało mi się.
Osiągąłem coś, co 5 miesięcy temu było dla mnie totalnie abstrakcyjne, nierealne, niemożliwe i wydawało się pomysłem wziętym z dupy kosmosu.

Przebiegłem swój pierwszy w życiu półmaraton!
Przebiegłem swój pierwszy w życiu półmaraton w czasie 1:48:05.
Przebiegłem swój pierwszy w życiu półmaraton w średnim tempie 5:07 na kilometr.
Przebiegłem swój pierwszy w życiu półmaraton, kończąc go na 1015 miejscu, na ponad 2500 startujących.
Przebiegłem swój pierwszy w życiu półmaraton, wycierając kilka łez na mecie...

Można!
Wszystko jest możliwe.
Wystarczy chcieć, wystarczy się zaprzeć, zagryźć zęby i walczyć. Przede wszystkim z samym sobą. W noc przed biegiem rozmawiałem z kolegą - wspólnie biegamy we wspomnianej już przeze mnie Drużynie - wymyśliliśmy taką teorię: zasady dotyczące biegania, idealnie pasują do tego, jak żyjemy. Kiedy jest -20 stopni, sypie śnieg, jest źle, ciemno, nie chce się wychodzić... to trzeba to zrobić. Nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór. Jak wyjdziemy, pokonamy wiatr, zaspy, nawet jak zmarzniemy, to po iluśtam takich wyjściach, poczujemy jaką mamy w sobie siłę...
Kiedy walczymy o jak najlepszy wynik, nie warto ruszać od razu na złamanie karku. Trzeba zacząć spokojnie, bez nerwów. Dopiero im bliżej do mety, tym więcej sekund urywać na każdym kilometrze. Im bliżej do mety, tym więcej będziemy wyprzedzać tych, którzy zaczęli za szybko i teraz brakło im sił...

Ot, takie banały...

W każdym razie jestem szczęśliwy.
Ale do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze jednego.
Maratonu.
Na 99% zdecydowałem już, gdzie nastąpi moje pierwsze starcie z 42,195 metrami.
3 maja 2010, Silesia Marathon, Katowice.

PS. Rozstaliśmy się z M. Nie było jej wczoraj na mecie. W każdym razie raz dziękuję jej za wsparcie przez tych kilka miesięcy. To, że zrobiłem co zrobiłem, to także jej zasługa.

12:09, na_powaznie
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Reklama na blogach - Blogvertising.pl